Kolejny przepłakany ranek.
Dzisiaj ściągnęłam pierścionek, który czuję, że na nim wymusiłam "promise ring"...
Minęła czwarta rocznica, minął nasz rok
i nic
ostatnie zobowiązanie mamy w drugiej połowie roku - wyjazd do japonii. To ostatnie.
Najgorsze w tej sytuacji jest to że go kocham, że wywołuje to potoki łez.
Z racjonalnego punktu widzenia po japoni będzie koniec. Ale moje uczucia chcą się wszystkiego chwytać, mimo, że nic się nie zmieniło.
Ostatnio powiedziałam mu wprost, że nie mamy o czym rozmawiać. Siedzimy razem i coś oglądamy, albo jemy. A nie ani razu nie rozmawialiśmy.
Kiedy sytuacja nas zmusza do rozmowy, czyli fizycznie nie jesteśmy razem to on gra, a nasze dyskusje nazywa kłótnią. Nadal odbija się to echem w głowie.
Gdyby naprawdę istniał eliksir miłości to bym mu go dolała. Tak egoistycznie chcę, by mnie kochał. Ale w tej rzeczywistości nie ma takich rozwiązań. Używanie seksu jako sposobu na przywiązanie go do siebie, też jest lamerskie.
Gdyby był moim przyjacielem, gdybym go nie kochała, gdybym umiała kłamać.... wtedy oszczędziłabym sobie łez. Nienawidzę się za moją naiwność.
Może to moja wina, że mnie nie kocha tak bardzo.
Nie mogę mam wrażenie, że moja dusza znowu jest rozrywana na kawałki.