To jest niesamowicie dziwne uczucie, jakbym prowadziła jednocześnie dwa życia. Z jednej strony - rozwijam pomysły, znajomości, a przynajmniej się staram, z drugiej strony- planuję co muszę do końca roku ogarnąć, za nim umrę.
Jak aktor tworzący postać jednego filmu, udaję, że będzie sequel.
Zostawiam okruchy rozpaczy - zauważ, że mi źle. Ale nikt ich nie dostrzeże, bo to niedorzeczne i niewygodne.
I nic nie pomoże, bo żadna rozmowa, gadanina, tłumaczenie rzeczywistości nie przyzwyczają Cię do samotności. Takiej w której nie masz z kim wyjść, podzielić się dniem, ani zadzwonić kiedy masz atak paniki. Można się oszukiwać, że przecież chcę tyle zwiedzić, zjeść czy przeżyć. Ale jeżeli zrobiłabym listę "za" i "przeciw", porównując ilość pozytywnych rzeczy które mogę sama przeżyć to jakieś 20% do 80%. Kto zdrowy na umyśle wytrzymałby 80% nieszczęścia na 20% radości? Nawet sen muszę częściowo odliczyć, bo nie mam ciepła drugiej osoby, które koiłoby moje koszmary, wspomagam się kotami i termoforem. To nie jest życie.
Boję się śmierci, bałam się każdej nieodwracalnej decyzji. Ale teraz... Mam nadzieję, że po śmierci nic nie ma. Naprawdę, wolę 0% niż kolejne lata życia na minusie.
Są momenty w których chcę mniej, ale to nie znika przez 99% czasu. Raz na tą sekundę zniknęło, był ktoś...ale do uczuć też nie zmuszę, a poniekąd dostałam kosza.
Mogłabym postawić poprzeczkę na podłodze i dać się wykorzystać po całości, ale trwanie w zaprzeczeniu siebie lub w pewnej formie zawieszenia...to nie jest życie, a ja nie czuję się na tyle zdesperowana do utrzymania życia fizycznego by pakować się tam gdzie nikomu na mnie nie zależy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz