Zastanawiam się czy to poczucie samotności kiedyś minie.
To, gdy patrzysz na stare zdjęcia w grupie znajomych.
To, gdy patrzysz na zdjęcia owych znajomych z ich przyjaciółmi na wypadzie do knajpy.
To, gdy widzisz odmowę spotkania lub nawet zignorowaną wiadomość
To, gdy patrzysz na listę aktywnych na messengerze i wiesz, że z nikim nie pogadasz
To, gdy widzisz, że inni mają wieloletnich przyjaciół, nawet z dzieciństwa.
Jesteś dodatkiem, piątym kołem, za szybą, nie ważne jak miła i uśmiechnięta jesteś, nie masz nikogo. Może mam upośledzone zdolności komunikacyjne, ale przy bliższym spotkaniu raczej zyskuję. Jednak wyjście z inicjatywą przychodzi mi z wysiłkiem... sama nie wiem.
Tak samo ten ciągły niepokój, szczególnie teraz
Bo nie dorastam do standardów
Bo nie mam czysto w pokoju
Bo nie dbam o siebie w 100%
Bo mogę zawalić studia
Bo czuję, że sobie nie poradzę i wszystko mnie przerasta
Czuję ból i gorycz, nie mogę się wziąć w garść, codziennie ryczę, z bólu, a nawet nie wiem skąd pochodzi. Ten niepokój rozwala mi organizm fizycznie, a psychicznie już nie daję rady. I nie wiem co robić, wszyscy mówią, że dam radę i jeszcze bardziej boję się, że nie dam, bo przecież powinnam. Nikt nie będzie siedział i mnie pilnował, czy robię. A żeby robić samem muszę jakoś zmniejszyć stres i lęk, który się z tym wiąże. Nie wiem jak to zrobić
Czego się tak boję?
Jeżeli nie zdam to będę musiała "kiblować", nie będę z jedynymi dwiema znajomymi, stracę główny nurt informacyjny, bo będę musiała go znaleźć w młodszym roczniku, rodzice stracą pieniądze, a ja opinię tej "zdolnej", będą mogli mi to wypominać. Po za tym cała papierologia z tym związana mnie przeraża, bo nasza uczelnia to gówno. I mam wrażenie, że to co robię nie ma sensu, bo i tak to będzie porażka lub będzie przeciętne, takie meh.
Chyba tego.